czwartek, 26 maja 2011

Ekspresowy pomysł na krewetki

Od jakiegoś czasu chodzą za mną krewetki. Trochę to śmiesznie brzmi, gdy przeczyta się to zdanie dosłownie:) Takie małe krewetki dostają nóżek i idą, a ja... nieważne:) Czasem może się tak zdarzyć człowiekowi, że zgromadzi dużo luksusowych resztek. Jedna czwarta słoika czarnych oliwek, dwie garście pomidorków koktajlowych, plasterek chudego boczku, kilka samotnych łodyg selera naciowego, kilka kaparów-singli, naparsteczek orzeźwiającego różowego wina polecanego na blogu jadalne/pijalne :)


Idealne danie dla zapracowanych. Lubię w tej potrawie to, że zawiera dużo indywidualnych smaków, które nie mają szans na "przegryzienie się", bo za krótko są razem smażone, a jednak w tle jednoczy je ostra i orientalna pasta curry. A teraz lecę na spacer zbierać chabry!

SKŁADNIKI (3 porcje):
- 250g mrożonych krewetek królewskich
- 4 łodygi selera naciowego
- 2 garście pomidorków koktajlowych
- pół cebuli
- 4 małe ząbki czosnku
- łyżeczka startej skórki cytrynowej
- garść czarnych oliwek
- czubata łyżeczka kaparów
- 2-3 plasterki chudego boczku
- pół szklanki różowego wina
- makaron np. świderki
- sól, łyżeczka zielonej pasty curry, kapka oliwy do smażenia

PRZYGOTOWANIE:
1. Wstawić wodę na makaron i ugotować go wg przepisu.
2. Posiekaną cebulę i boczek pokrojony w słupki podsmażyć na odrobinie oliwy, gdy cebula zacznie się złocić dodać pokrojony w cienkie plasterki czosnek, a gdy czosnek zacznie intensywnie pachnieć wrzucamy zamrożone krewetki. Wszystko musi się smażyć na dużym ogniu, aby krewetki się rozmroziły i woda z nich mocno odparowała.
3. Dodać wino i lekko je odparować.
4. Dodać poszatkowany seler naciowy, oliwki, kapary i przekrojone na pół pomidorki koktajlowe - na koniec doprawiamy solą i łyżeczką pasty curry.
5. Do tak przygotowanych krewetek dodajemy makaron, całość dokładnie mieszamy i od razu podajemy.


środa, 25 maja 2011

Lasagne

Jeszcze nigdy tak długo nie robiłam lazanii:D Zazwyczaj robię ją w biegu: najpierw na szybko sos boloński (pomidory, mięso, cebula i czosnek), potem zalać wrzątkiem płaty makaronu, przełożyć sosem i startym serem i włożyć na pięć minut do piekarnika, aby ser na wierzchu się roztopił. Całość zabiera mi od pół godziny do 45 minut. A tu, wg kolejnego już przepisu z książki Jamiego Olivera, sam sos ma się gotować 45 minut, a potem przekładanie i zapiekanie przez kolejną godzinę. 


 Ciekawość jednak wzięła górę. Spróbowałam i... próbuję znaleźć zalety, ale to nie jest łatwe. Moja ekspresowa lasagne jest bardzo serowa, makaron nie jest rozgotowany, sos w niej nie bulgocze, a zatem też nie kipi (na dowód fotka wyżej - lasagne Jamiego też jest rozpaćkana:D), nie zawiera śmietany, więc jest "chudsza"... i czy wspominałam, że jest ekspresowa?


Nie lubię rozpływającego się w ustach makaronu, wolę wersję "na ząb". Co by jednak nie mówić o tej lasagni, ostatecznie była ona bardzo smaczna, a w szczególności ten sos mięsno-warzywny, przygotowywany z taką cierpliwością:) Na pewno jeszcze kiedyś go wykorzystam. 

PS. Oczywiście robiłam tą lasagne w weekend, luksus wolnego czasu w tygodniu mnie nie dotyczy:)

SKŁADNIKI:

sos bolognese wg Jamiego Olivera:
- 2 plasterki wędzonego boczku
- 2 średnie cebule
- 2 ząbki czosnku
- 2 marchewki
- 2 łodygi selera naciowego
- oliwa
- 2 czubate lyżki suszonego oragano
- 500 g mięsa mielonego wołowo-wieprzowego
- 2x 400g puszki krojonych pomidorów
- sól, 
- mały pęczek świeżej bazylii
- 50 g sera parmezan

lasagne:
- 250 g suszonych płatów makaronu lasagne
- 500ml kubeczek crème fraîche lub kwaśnej śmietany
- 100 g sera parmezan
- 1 duży dojrzały pomidor (lub kilka małych koktajlowych, jak zrobiłam to ja:)

PRZYGOTOWANIE:
1. Pokroić drobno boczek i podsmażyć aż się zrumieni (wykorzystaj dużą patelnię, np wok, albo garnek, bo sosu jest dużo:).
2. Poszatkować bardzo drobno cebulę, czosnek, marchewkę i selera - dodać do boczku i podsmażyć ok. 7 minut.
3. Dodać mięso i pomidory - wymieszać, a następnie napełnić obie puszki wodą i zalać sos, osolić i dodać pieprzu.
4. Zerwać listki bazylii i włożyć do lodówki, a łodyżki poszatkować i dodać do sosu. Całość doprowadzić do wrzenia. Zmniejszyć ogień i gotować pod przykryciem przez 45min. od czasu do czasu zamieszać pilnując, aby sos nie przywarł do dna.
5. Po tym czasie rozgrzać piekarnik do 190 stopni.
6. Dodać do sosu 50g startego parmezanu wraz z poszarpanymi większymi listkami bazylii (mniejsze odłóż na bok). Spróbuj sos i ewentualnie dopraw.
7. Zagotuj wodę w czajniku i zalej nią płaty lasagne, chwilę blanszuj, a następnie odcedź i delikatnie osusz papierowym ręcznikiem.
8. Przełóż trzecią część sosu na dno ceramicznego naczynia żaroodpornego i ułóż na niej warstwę makaronu, nałóż trzecią część śmietany, posyp solą i częścią parmezanu. Ułóż jeszcze dwie takie same wartswy, tak aby na wierzchu była śmietana z serem. 
9. Na wierzchu ułóż kilka plasterków pomidora i kilka listków bazylii, skrop oliwą. Przykryj folią i zapiekaj 20 minut, następnie zdejmij folię i piecz kolejne 35 minut [ps by goh.: jeśli używasz makaronu bez konieczności wstępnego gotowania, to ten czas jest zdecydowanie za długi] aż lasagne zacznie bulgotać i nabierze złocistego koloru. 


poniedziałek, 23 maja 2011

Superczekoladowe ciasto z krówkami

To ciasto miało wszelkie powody do tego, aby się nie udać. Siedem grzechów głównych:

1. Nie mam robota kuchennego, który, tak jak było napisane w przepisie, sam wszystko wymiesza. Walczyłam dzielnie dzierżąc w ręcę blender, użyłam co najmniej raz każdej z jego lśniących końcówek, by w końcu przerzucić się na mój stary mikser z jego doświadczonymi w boju ubijaczkami.

2. Czekoladę zmieliłam w blenderze zamiast na tarce, w wyniku czego powstały małe złowróżbne granulki.
 
3. Nadal nie mam wagi ani miarki, miałam kupić, ale zapomniałam - a Piekarzynek w krytycznym momencie był niedostępny, na forach internetowych "doradcy" nie mogli się zdecydować czy 150g to pół szklanki mąki, czy cała szklanka. Wybrałam na oko opcję, że to prawie cała szklanka.

4. Mąka opanowana, ale ile to jest 120g cukru??? Hmmm, problem sam się rozwiązał, cukru prawie nie ma, została tylko połowa cukierniczki, więc dosypałam pół z tej połowy.

5. Nie obeszło się też bez inwencji własnej, bo co to tak naprawdę jest duże jajko? Kupiłam rozmiar L, ale wyglądały na dość małe (tzn. widziałam większe), a kiedyś słyszałam, że wiele z polskich jaj nie spełnia europejskich norm jajecznej rozmiarówki. Spoglądając niepewnie na fotkę prezentującą konsystencję ciasta Jamiego (lejące się) i konsystencję mojego (za gęste), podjęłam dramatyczną decyzję - dodałam jeszcze jedno jajko.

6. Zamiast migdałów do ciasta traifły otręby - sypane oczywiście na oko, bo jak rozwiązać takie równanie bez korzystania z wagi? Blanszowane migdały - ile to otrębów?

7. Zamiast zwykłego kakao (nie było w sklepie), użyłam takiego granulowanego kakako do mleka.


Kuchnia wyglądała jak teren dotknięty kataklizmem. Zniszczenia wyglądały poważnie, szczególnie w okolicach zlewu. Papierki od krówek i po czekoladzie wirowały w przestrzeni kuchennej. Tu i ówdzie rozypana mąką, rozmazane grudki czekolady, rozbite skorupki jajek. Archiwalne zdjęcia tylko po części obrazują rozmiar zniszczeń. 


Włożyłam ciasto do piekarnika i zaczęłam sprzątać. Pomna swych wcześniejszych porażek, spodziewałam się najgorszego. Napięcie rosło. Zajrzałam do piekarnika. Ciasto też. Po 20 minutach wetknęłam patyczek do ciasta. Mokry. Zły znak. Poczekam jeszcze 5 minut. Patyczek wilgotny. Czytam w przepisie:  "Wyjmij formę, a następnie w środek ciasta wbij widelec. Jeżeli po wyciągnięciu widelca wciąż znajduje się na nim odrobina płynnego ciasta, to w porządku - ciasto powinno być w środku nieco wilgotne; w rezultacie uzyska przyjemną maziowatą konsystencję". Ciasto ma być m a z i o w a t e ?!? Dzięki. Bardzo precyzyjne wyrażenie. Ale skoro mistrz tak twierdzi, to wyciągam, co ja tam mogę wiedzieć, myszka mała.

Ciasto pachniało intensywnie czekoladowo. Wyglądało nienajgorzej. Miśku wrócił z egzaminu i już od drzwi żartował: "O! Tym razem kupiłaś świeże?" ;) Gdy tylko przestygło, ukroiłam kawałek - i wtedy cała prawda wyszła na jaw!!! Udało się. Było lekko wilgotne w okolicach zatopionych krówek, ale to zrozumiałe, ale wszędzie indziej idealnie dopieczone i bez zakalca. Złowrogie granulki czekolady nie rozpuściły się do końca tworząc delikatną fakturkę i ubarwiając dodatkowo jednolity brąz ciasta maleńkimi ciemniejszymi kropeczkami. Mocno czekoladowe w smaku, nie za słodkie, lecz w sam raz - miejscami mocniej dosłodzone przez roztopione krówki. Po prostu poezja.



SKAŁDNIKI wg Jamiego Olivera (korzystanie z moich grzechów wymienionych we wstępie - na własną odpowiedzialność):
- 200 g dobrej jakości gorzkiej czekolady 70% kakao)
- 175 g masła + odrobina do natłuszczenia formy
- 120 g miękkiego brązowego cukru 
- 100 g blanszowanych migdałów
- 2 łyżki kakao w proszku
- szczypta soli
- 4 duże jajka
- 150 g mąki wymieszanej z 1.25 łyżeczki sody oczyszczonej
- 100 g krówek

PRZYGOTOWANIE:
1. Rozgrzej piekarnik do 160 stopni.
2. Połam czekoladę na kawałki, wrzuć do robota kuchennego wraz z masłem, cukrem, migdałami, łyżką kakao, solą i zmiksuj wszystko na gładką masę/ Do robota wbij jajka, kolejno po jednym i wsyp mąkę - ponownie całość zmiksuj na gładko.
3. Formę o wymiarach ok. 25 x 25cm obficie natłuść i posyp łyżką kakao, potrząśnij tak aby pokryło całą formę. 
4. Wlej ciasto do formy, połam krówki i posyp nimi ciasto, wciskając głębiej większe kawałki.
5. Włóż formę do rozgrzanego piekarnika i piecz 18-20 minut. Jeśli po tym czasie jednak uznasz, że jest zbyt plynne, włóż je jeszcze do piekarnika na 3-5 minut, aby stężało.
6. Odstaw ciasto, aby trochę wystygło i podawaj na ciepło w nieco maziowatej postaci.


PS. A tak naprawdę, to... bloggerki mnie podpuściły. Tak to trzeba nazwać. Tyle wsparcia i słów otuchy (dzięki Lekka). Tyle słodkich pomysłów i cudnych obrazów (dzięki Magda). Tyle inspiracji i zachęt (dzięki Anno-Mario). Nie miałam wyjścia. Przyszłam, zobaczyłam, upiekłam. Powiem więcej: dałam radę!!! Jupppiiii!!! Jes, jes, jest!!! [tego nie widzicie, ale tu wykonuję taniec zwycięstwa:D ] Chyba zaczynam wierzyć w słowa Lekkiej, że dobry przepis obroni się przed najgorszą kucharką:P Ten się obronił i to jak - z klasą!

niedziela, 22 maja 2011

Galaretka różano-rabarbarowa

Ta galaretka to efekt weekendowego eksperymentowania z rabarbarem. Robię co mogę, aby nic nie upiec. Nie wiem na czym to polega, słone ciasta mi wychodzą - ciasto na pizze, niemiecki placek cebulowy, foccacia... A słodkie? Zakalec, za twarde, za suche, za kruche. Już to pisałam w komentarzach na Cakes and the City: jak kiedyś upiekłam zwykłą babkę, Miśku nieświadomy, że włożyłam w to tyle serca i pracy, zapytał: "Nie mogłaś kupić świeżej?". Nie muszę chyba dodawać, że była ona pieczona tego samego dnia...


Zatem zanim znowu porwę się z motyką na słońce, proponuję coś słodkiego, ale bez pieczenia:) To galaretka trzęsąca się jak Shakin' Stevens przygotowana o zachodzie słońca, aby była gotowa do porannej kawki:) Myślałam, że eksperyment się nie powiedzie. Wczoraj wieczorem galaretka nie dawała żadnych oznak tężenia. Gdzieś z tyłu głowy zaczęło mi kołatać, że do galaretki nie dodaje się kwaśnych owoców, bo to ją rozpuszcza... Poszłam zatem spać, a pod osłoną nocy galaretka wzięła się w garść i zastygła w bezruchu. Poranna kawa ją jednak rozruszała:)

SKŁADNIKI:
- 4 łodygi rabarbaru (im bardziej czerwony, tym mniej kwaśny, żeby nie powiedzieć - bardziej słodki:)
- 2 szklanki wody
- cukier
- 2-3 łyżeczki żelatyny (po prostu zgodnie z tym co jest napisane na opakowaniu)
- 2,5 garści suszonych płatków róży
- 4 łyżeczki wody różanej
- listki mięty lub melisy do przybrania

PRZYGOTOWANIE:
1. Rabarbar umyć, obrać i pokroić w kostkę.
2. Żelatynę  namoczyć w zimnej wodzie.
3. Rabarbar ugotować dodając troszkę ponad szklankę wody, pozostałą wodę zagotować osobno i rozpuścić w niej namoczoną żelatynę.
4. Ugotowany rabarbar osłodzić, dodać dwie garście płatków róży i rozpuszczoną żelatynę - całość dokładnie wymieszać.
5. Rozlać do czterech małych miseczek, do każdej dodać łyżeczkę wody różanej, posypać kilkoma dodatkowymi płatkami róży i lekko je zastopić w galaretce. 
6. Gdy miseczki ostygną, wstawić do lodówki, aby galaretka zastygła. Na koniec przybrać listkami mięty lub melisy.


sobota, 21 maja 2011

Serek z rzodkiewką i gomasio

Zawartość serka w serku jest mała, bo serek składa się głównie z rzodkiewek i koperku. A gomasio? Gomasio to pochodzący z kuchni japońskiej specyfik makrobiotyczny, zwany również solą sezamową. O dobrodziejstwach tego specyfiku można przeczytać na przykład tu [klik] i tu [klik].


Gomasio oczywiście można kupić, ale o wiele łatwiej jest po prostu zrobić je samemu. Moje gomasio jest czarne. Możecie wierzyć lub nie, ale zamiast normalnego sezamu i normalnej soli morskiej - miałam w szafce tylko czarny sezam (wykorzystywany wcześniej do sushi) i black lava salt - sól morską barwioną aktywnym węglem na czarno:) Sezam można lekko uprażyć, będzie bardziej aromatyczny. Gotowym gomasio można posypywać ryż, gotowane warzywa, sałatki, czy choćby śniadaniowy biały serek z rzodkiewka i koperkiem. Jest to ciekawa alternatywa dla zwykłej soli:)


SKŁADNIKI :

serek z rzodkiewką i koperkiem:
- 200 g serka wiejskiego
- pęczek rzodkiewek
- pęczek koperku
- sól i pieprz

gomasio:
- 1 część soli morskiej (lub innej nierafinowanej)
- 12 części sezamu
(ja na 6 łyżeczek sezamu dodałam pół łyżeczki soli)

PRZYGOTOWANIE:
1. Rzodkiewki i koperek drobno posiekać (można blenderem) i wymieszać z białym serkiem, delikatnie osolić i dodać pieprzu wg uznania.
2. Sezam utrzeć z solą w moździerzu lub zmielić przy użyciu młynka do momentu aż tłuszcz z ziarenek sezamu złączy się z solą. Ja zmieniłam sezam dość grubo, bo lubię chrupanie ziarenek:)


czwartek, 19 maja 2011

Zupa z młodej kapusty

Ta zupa jest prawie romantyczna. Przez to, że bulion nie wyszedł zbyt klarowny, wygląda jakby dodano do niej photoshopowo efekt poświata albo blur na konturach. Blur more... Rozmyj mnie mocniej... Autoportret w łyżce sam się pojawił. To mój lokalny cud. Zakochani w maju, miesiącu nowalijek, zamajeni w zieleni wiedzą czym się zachwycam.


Lubię robić zupy. Jest w tym coś kojącego. Bulion na kawałkach drobiu kotłuje się z listkiem laurowym i zielem angielskim. A ja sobie kroję. Mogę nie myśleć o niczym. Por. Młoda cebulka z takim pięknym szczypiorkiem. Jeszcze ciemnozielona kapusta. Pomarańczowa młoda marchewka pachnąca świeżością (ziemią?). Dużo koperku. Tak trwam w tym zachwycie aż mięso dojdzie, a pokrojone warzywa już czekają na swoje pięć minut, a może troszkę dłużej? Szczęśliwi czasu nie liczą:)

SKŁADNIKI:
- bulion drobiowy lub warzywny
- duży por
- 3 młode cebulki ze szczypiorkiem
- pęczek młodych marchewek
- połowa główki młodej kapusty
- pęczek koperku
- sól, pieprz, ocet winny (lub coś innego kwaśnego dla zachowania równowagi smakowej zupy:)

PRZYGOTOWANIE:
1. Zagotować bulion.
2. Wszystkie warzywa poszatkować, wrzucić do bulionu (w tym twardsze łodyżki koperku, pozostałą część koperku zostawiamy do dodania na koniec) i krótko pogotować - do momentu, aż marchewka czy większe kawałki kapusty (te ścinane bliżej głąba) staną się miękkie. Ja np. lubię marchewkę al dente. Wyłączamy ogień i dorzucamy do zupy poszatkowany koperek. Doprawić solą, pieprzem i np. octem winnym, wg uznania.
3. Mojej zupy nie zabielałam, ale można:) Moja jest gęsta i zielona od warzyw. Gotowane mięso kurczaka, na którym gotował się bulion, posypałam ziołami i przyrumieniłam w opiekaczu - dla Miśka, który twierdzi, że zupa to nie obiad (chyba że jest mięso:)


środa, 18 maja 2011

Kurczak teriyaki

Kurczak hipnotyzował kolorem. Ciemny bursztyn. Lśniący. W końcu teru po japońsku oznacza błyszczeć. Przeglądając "Kuchnię" Nigelli zawsze zostawałam na tej stronie chwilkę dłużej, aby za chwilę odwrócić kartkę i z żalem przeczytać listę składników na tą potrawę: mirin, sake, jasny cukier trzcinowy, świeży imbir, kapka oleju sezamowego - czyli wszystko czego aktualnie nie posiadam, a mirin i sake to naprawdę nie wiem skąd miałabym wytrzasnąć?!? W osiedlowym monopolowym pewnie nawet o tym nie słyszeli... 

Ale za to w osiedlowym markecie można kupić gotowy sos teriyaki. Japoński element alkoholowy jednak nie występował w składzie sosu, więc zastąpiłam go swojską wódeczką. A co? Nasza jakaś gorsza? ;) Zamiast ryżu do sushi użyłam jaśminowego, a gotowaną na parze pak choi, zastąpiłam surówką z młodej kapusty. Wszystko inaczej, a wygląda jak na obrazku z książki Lawson.


Zielona surówka to z kolei efekt szalonego eksperymentu z moim nowym blenderem:) Stary mikser jednoubijaczkowy (druga ubijaczka doznała ciężkiej kontuzji, skończyło się na połamanych drutach) ze szczerbatą końcówką blendującą (po przejściach z mrożonymi truskawami) poszedł na zasłużony odpoczynek. Wieczny dodajmy.

A zatem pomysł na ekspresowy obiad:

SKŁADNIKI (dla 2 osób):

kurczak teriyaki:
- 2 duże udka kurczaka
- sos teriyaki (tyle aby przykryć mięso)
- 50 ml wódki
- łyżeczka płynnego miodu
- dodatkowa łyżeczka ciemnego sosu sojowego
- 200 g ryżu jaśminowego

surówka z młodej kapusty:
- kilka dużych liści młodej kapusty
- 3 ogórki gruntowe
- pęczek koperku
- 2 małe ząbki czosnku
- sól, odrobina oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia do skropienia surówki, pieprz, sproszkowane mango (lub inna substancja zakwaszająca - ocet, cytryna, limonka)
- blender z pojemnikiem z nożem szatkującym

PRZYGOTOWANIE:
1. Udka kurczaka pozbawić skóry, kości, żyłek, części tłuszczu i tak sfiletowane mięso pokroić na małe części.
2. Mięso wrzucić do małej płaskiej miski wlać wódkę, płynny miód i tyle sosu teriyaki, aby marynata prawie przykrywała mięso. Mięso odstawić do lodówki na około 15 minut.
3. W tym czasie można przygotować surówkę: do pojemnika szatkującego wrzucić kilka liści kapusty (można na raty) i dość drobno poszatkować, potem to samo robimy z ogórkami, koperkiem i czosnkiem. Surówkę doprawiamy oliwą, solą, pieprzem, sproszkowanym mango.
4. Wstawiamy wodę na ryż i gotujemy go zgodnie z przepisem na opakowaniu.
5. Mięso wyłowić łyżką cedzakową i lekko obsmażyć na patelni, następnie zalać marynatą - doprowadzić do wrzenia, potem skręcić ogień i dusić około 5 minut, dodać dodatkową łyżeczkę sosu sojowego. Następnie troszkę podkręcić ognień aby maksymalnie odparować sos i aby utworzył się ciemny, gęsty syrop oblepiający kawałki kurczaka.
6. Podałam to tak jak widać na fotkach, a na talerzu i tak to wszystko delikatnie wymieszaliśmy, aby bursztynowy kolor mięsa zmieszał się z bielą ryżu i zielenią surówki:)


poniedziałek, 16 maja 2011

Sos z pomidorków koktajlowych z muszlami nadziewanymi ricottą i oliwkami

Viva la pasta, odsłona trzecia. O ile w przepisie na muszle z nadzieniem ze szpinaku i ricotty, chodziło mi głównie o muszle, a nie o sos, o tyle w tym przepisie jest dokładnie na odwrót:) Nadziewane muszelki są tylko dodatkiem, a ich głównym zadanie jest "nie przeszkadzać sosowi". 


Wczoraj był przepis Nigelli, a dziś Jamiego Olivera. Być może przesadzam z tymi kulinarnymi sławami, ale te ich książki są tak pięknie wydane, tak kolorowe, tak apetyczne - że po prostu czułam, że muuuszę je mieć:)

Jak już wyznałam w komentarzach do wczorajszego postu, podkochuję się w Nigelli, a mojego brata podejrzewam o platoniczną miłość do Jamiego Olivera. To on mnie do niego przekonał. Książka Olivera  "Każdy może gotować ", to masa przepisów, które można dowolnie interpretować, modyfikować i przygotowywać, tak aby opanować sztukę kulinarną na poziomie podstawowym i średniozaawansowanym, ale... - no właśnie, to jest najlepsze! - ale aby każdy, kto spożywa te posiłki, myślał, że to poziom "ekspert" i wyżej:) Na tym chyba polega fenomen Olivera: jego przepisy są proste, a jednak robią niesamowite wrażenie. Przynajmniej - na mnie:)


Zatem zgodnie z ideą przewodnią książki, nauczyłam się tego przepisu i przekazuję go dalej:

SKŁADNIKI: 

Sos z pomidorków koktajlowych, kaparów i octu balsamicznego wg J.Olivera:
- 4 ząbki czosnku
- ok. 25 sztuk pomidorków koktajowych (300g, najlepiej różnokolorowych)
- oliwa
- suszone oregano (ja użyłam bazylii, bo oregano się skończyło:)
- 2 łyżki kaparów
- kawałek masła 
- ocet balsamiczny (ja użyłam kremu balsamicznego)
- sól morska, świeżo zmielony pieprz

Muszle wg gohy:
- 200 g makaronu typu muszle
- 300 g ricotty (lub ser typu włoskiego, ser wiedeński - a jeśli nie mamy, to chyba kremowy biały ser byłby najlepszą alterntywą, coś o konsystencji almette) - najlepiej o temperaturze pokojowej, aby farsz do nadziewania nie był za zimny
- 3 garście czarnych oliwek bez pestek
- sól i pieprz

PRZYGOTOWANIE:
0. Wstawić wodę na makaron i ugotować go wg przepisu na opakowaniu.
1. Czosnek obrać i pokroić w cienkie plasterki, pomidorki przekroić na pół. Włączyć piekarnik na około 200st.
2. Na patelni rozgrzać oliwę, dodać czosnek i odsączone z zalewy kapary - gdy czosnek zrobi się delikatnie złoty, dodać pomidorki i oregano lub bazylię, sól, pieprz - całość zamieszać, dodać masło i dość obficie skropić octem balsamicznym - jeszcze raz wymieszać. Zostawić sos aby bulgotał przez 3-5 minut (lepiej krócej, bo jeszcze będziemy chwilę zapiekać). Generalnie pomidorki powinny zmięknąć, a sos lekko zgęstnieć.
3. Farsz do muszelek: oliwki dość grubo posiekać i wymieszać w misce z ricottą, osolić i dodać trochę pieprzu. Nadziewać ciepłe muszle.
4. Sos przełożyć na spód naczynia żaroodpornym (ja od razu w tym naczyniu przygotowywałam sos:), na wierzchu ułożyć nadziewane muszle i chwilę zapiekać w piekarniku, tak aby całość równo się podgrzała.

Jamie o sosie (str. 267):  "Podawaj na  gorąco z rybą lub mięsem albo dodaj do świeżo ugotowanego makaronu i wymieszaj"


niedziela, 15 maja 2011

Irlandzkie bułeczki owsiane

Nigella Lawson to bogini kuchni. Marzę o takiej spiżarni, jaką ona posiada: ze wszystkimi przyprawami, ziołami, sosami, winami... Na razie takiej spiżarenki nie mam, ale z okazji urodzin dostałam kuchnię Nigelli, tzn. "Kuchnię", prawie 500 stron dzikiej kulinarnej przyjemności:)


Mój sentyment do niej to także wspomnienie jednego z najbardziej leniwego roku mojego życia. Mieszkaliśmy z Miśkiem w małej kawalerce, ja  byłam na piątym roku studiów. Zajęć na uczelni praktycznie już nie miałam. Pisałam pracę magisterską. Plan był ambitny i idealny dla leniuszka: 100 dni na napisanie stustronowej pracy na temat mitu kobiety fatalnej w kulturze Zachodu. Strona pisania dziennie, odpowiednio sformatowana: 1,5 wiersza odstępu i Arial 14... Resztę czasu zabierała mi zatem kablówka i "Nigella gryzie..." :)

Na przeciwko naszej kawalerki było M2 naszych przyjaciół, gdzie moja kochana koleżanka, będąca wówczas na etapie poszukiwania pracy po studiach, również siedziała przed telewizorem oglądając Nigellę. Potem spotykałyśmy się na kawę i zawsze był ten sam temat: "A widziałaś jak Nigella zrobiła dziś krewetki?", "No... widziałam:) A widziałaś te muffiny?"... My nawet nie notowałyśmy tych przepisów! Po co? Patrzeć. Słuchać. Czuć. Marzyć o spiżarni Nigelli. To wystarczyło, aby nie marudzić jedząc zwykły makaron z sosem przyrządzony na szybko, bo przecież musiałam pisać pracę...


A dziś wypróbowałam pierwszy przepis z tej wspaniałej książki. Irlandzkie bułeczki owsiane są super, bo można je zrobić tuż przed śniadaniem, nie potrzeba do tego drożdży, więc nie trzeba czekać aż ciasto wyrośnie. Bułeczki są bardzo delikatne, brązowiutkie i piwne od portera. Najlepsze są w dniu upieczenia, ale można je przechowywać 1-2 dni, "zawijając w czystą ściereczkę kuchenną i trzymając w chlebaku lub hermetycznym pojemniku w chłodnym miejscu", jak radzi Nigella. To moje pierwsze kroki w ramach domowej piekarni, ale już mi się podoba:D

A teraz przepis Nigelli ("Kuchnia", str. 89):

SKŁADNIKI (9 średnich bułeczek, lub 12 mniejszych):
- 400 g mąki z pełnego przemiału (ja użyłam orkiszowej pełnoziarnistej)
- 100 g płatków owsianych (nie błyskawicznych, ja użyłam górskich) + trochę do posypania z wierzchu
- 1 łyżeczka soli
- 2 łyżeczki sody oczyszczonej
- 300 ml porteru (lub zwietrzałego piwa)
- 150 ml maślanki lub płynnego jogurtu naturalnego
- 4 łyżki oleju arachidowego lub roślinnego
- 4 łyżki płynnego miodu

PRZYGOTOWANIE:
1. Nagrzać piekarnik do 220 stopni, a blachę wyłożyć pergaminem.
2. W jednej misce wymieszać płynne składniki, a w drugiej sypkie składniki.
3. Wlewamy płynne składniki do suchych i mieszamy drewnianą łyżką, żeby się dokładnie połączyły - "na początku powstanie coś w rodzaju gęstej owsianki zamiast ciasta. Może się to wydawać zbyt płynne, ale po chwili, gdy soda zacznie działać, ciasto przybierze najpierw konsystencję pianki, a następnie ciężkiego mokrego piasku". Hmm... moje nie osiągnęło fazy piasku, może dlatego, że mąkę i płatki sypałam na oko (nie dorobiłam się jeszcze miarki ani wagi, a Piekarzynek akurat nie działał:). Ciasto było dość gęste i lepkie.
4. Na blaszce układamy bułeczki, ja zrobiłam 9 średniej wielkości i nakładałam je drewnianą łyżką, formując mniej więcej okrągły kształt. Nigella na obrazku formuje bułeczki rękoma, więc też tak można:). Trzeba zachować odstępy, bo trochę podrosną.
5. Uformowane bułeczki posypujemy płatkami owsianymi i pieczemy przez około 15 minut. Potem wyjmujemy na kratkę aby trochę przestygły. Jemy ciepłe albo w temperaturze pokojowej.


sobota, 14 maja 2011

Żeberka z rabarbarem pięciu smaków

Oto kolejna odsłona upajania się dobrodziejstwami wiosny:) Rabarbar. Jako iż mistrzem wypieków nie jestem i nic nie wskazuje na to, że będę - postanowiłam użyć rabarbaru do mięsa. Zainspirował mnie przepis Gochy - wielkie dzięki, bo naprawdę warto było tego spróbować:)


Chińska przyprawa pięciu smaków musi być odpowiednia. Długo takiej szukałam. Chciałam, aby smakowała tak jak chińszczyzna w restauracji. Przyprawa ta w wersji Kamisa odpada z miejsca, bo ma dwie zasadnicze wady: jak dodamy jej mało, to prawie nie czuć "chińskości" potrawy, a jak dodamy jej dużo, to cała potrawa robi się zbyt pieprzna i za ostra. W skład tej mieszanki wchodzi: koper włoski, pieprz czarny, goździki, cynamon, sól, kmin rzymski i glutaminian sodu. Jeśli to policzymy (pomijając wzmacniacz smaku i zapachu) to wychodzi na to, że jest to przyprawa 6 smaków.


Przyprawa pięciu smaków to miks smaku słodkiego, kwaśnego, gorzkiego, ostrego i słonego. Przyprawa, którą ja używam to mieszanka wyprodukowana w Tajlandii (hehe, no ale niby chińska:), firmy Globo Foods Ltd. W jej skład wchodzi: 44,8% mielonego cynamonu, 30% mielonej kolendry, 14,4%  zmielonych liści laurowych, 9,2% anyżu, resztę dopełnia zmielone ziele angielskie (zwane również pieprzem angielskim). Jak widać poza cynamonem - brak wspólnych składników. Przyprawa jest słodka, intensywna i nie da się nią 'przeostrzyć' dania (żeby nie powiedzieć sPieprzyć:).

SKŁADNIKI (dla 2 osób):
- 0,5 kg żeberek (ja miałam akurat tak kawałek bez kostek, więc takiej z kościami to pewnie więcej)
- marynata do żeberek, czyli pełna improwizacja: 3 łyżki musztardy Dijon, 1 łyżka słodkiego sosu sojowego, 2 łyżki sosu Worcestershire, 2 ząbki czosnku, 2 łyżki wody, 1 łyżka oliwy, 1 łyżka wódki, 1 łyżka płynnego miodu, 1 łyżka suszonego lubczyku, pieprz
- sos rabarbarowy 5 smaków: 5 dojrzałych, czerwonych łodyżek rabarbaru, 1/4 szklanki wody, 2 łyżki masła, 1 łyżka słodkiego sosu sojowego, 2 łyżki cukru (lub więcej jeśli rabarbar był mniej dojrzały), 1 łyżka chińskiej przyprawy pięciu smaków
- można podawać z kaszą jęczmienną posypaną suszonym lubczykiem i skropioną oliwą z oliwek i cytryną

PRZYGOTOWANIE:
1. Żeberka podzielić na dwie porcje.
2. Przygotować marynatę: mieszamy wszystkie płynne składniki, doprawiamy pieprzem i lubczykiem, dodajemy rozkrojone na połówki ząbki czosnku.
3. Mięso wrzucamy do marynaty, mieszamy i wstawiamy do lodówki na co najmniej godzinę, a najlepiej na pół dnia (przygotować rano, aby było na obiad).
4. Zamarynowane mięso pieczemy w piekarniku (wraz z marynatą) w naczyniu żaroodpornym przez ponad godzinę (ok 1h 20min, w temperaturze: 180st.).
5. Pod koniec pieczenia przygotowujemy sos: rabarbar obieramy i kroimy w drobną kostkę, wrzucamy do rondla i przesmażamy z masełkiem, dodajemy wodę, słodki sos sojowy, cukier i przyprawę pięciu smaków - całość gotujemy do momentu aż rabarbar się rozpadnie i sos stanie się gęsty.



LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...